Rzucić wszystko, postawić na jedną kartę i wyjechać! Opłacało się! :)

Ten artykuł na blogu będzie przełomowy.

Dziś opublikuję wam post, który napisałam na początku kwietnia moim znajomym na prywatnym profilu na facebooku. W kwietniu 2017 roku wszystko się zaczęło. Pod koniec marca stwierdziliśmy, że wysyłamy CV. Albo ja albo mąż wyjeżdża, a zaraz dojedzie reszta rodziny. Dziś po roku mogę stwierdzić, że cała akcja przeprowadzki opłacała się, pomimo tego, iż kosztowała nas bardzo dużo.

Często w prywatnych wiadomościach pytacie, co u nas słychać, jak żyjemy...

( UWAGA, BĘDZIE DŁUGO)

Zawsze podziwiałam ludzi, którzy potrafili z dnia na dzień pieprznąć wszystko i tak po prostu wyjechać. Jeszcze rok temu miałam nadzieję, ale do końca nie wierzyłam, że misja pt: "Przeprowadzka na drugi koniec Polski" się powiedzie. Właśnie w okolicy Wielkanocy w tamtym roku wsiadłam w pociąg razem z mężem i pojechałam 650 km na swoją pierwszą poważną rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy. To był taki pierwszy krok do tego, aby wszystko zmienić.

Długo zastanawiałam się, czy może nie wyjechać za granicę, ale postanowiliśmy, że jeszcze raz spróbujemy w naszym kraju. A jak się nie uda, to wtedy witaj "zagranico" ho ho  ,bo za granicą to wiecie, trawa jest przecież bardziej zielona, niż u nas, manna z nieba spada, leży się i pachnie.

Po rozmowie kwalifikacyjnej nikt nie oddzwonił, a zaledwie pół miesiąca później mąż dostał telefon w sprawie pracy. Zadzwonił i zapytal mnie, czy się decydować. Ja mówię: "jak chcesz i wyjedziesz, to ja pakuję siebie, dzieciaki i jedziemy za tobą". Łukasz zrezygnował z pracy w zakładzie, w którym na pół etatu zarabiał szałowe 800 zł i dwa dni później siedział w pociągu na Dolny Śląsk, a ja nie ogarniałam, że to naprawdę zaczęło się dziać.

Z pracy Łukasza nic nie wyszło, intensywnie roznosił kolejne CV, ja 23 czerwca odebrałam świadectwa pracy ze szkół i jako już : "bezrobotna" z ostatnimi urlopowymi pieniędzmi wsiadłam do naszego 21-letniego Opla z całym dobytkiem. W ogóle dzis tak sobie myślę, że trzeba być kompletnym wariatem żeby postawić wszystko na jedną kartę i tak po prostu wyjechać. I także zostawiłam ciepły etatcik, który mogłam mieć w szkole od września za szałowe 1200 zł poniżej najniższej krajowej 

Wyjechaliśmy, bo chcieliśmy normalnie żyć. Wyjechaliśmy, bo dość mieliśmy wegetacji. Dość miałam sytuacji, w których po wypłacie zastanawiam się, czy zapłacić rachunki, czy zrobić zakupy. A jak zrobić zakupy to czy kupić pomidora czy ogórka do kanapek, bo pieniędzy starczyłoby na jedno lub drugie. I ja naprawdę zajeżdżałam się za każdy grosz: pracowałam w szkole/ w restauracji, prowadziłam jednoosobową dzialalność, prowadziłam bloga, prowadziłam animacje dla dzieci, pisałam różnorodne prace dla ludzi, tłumaczyłam pierdoly z niemieckiego, aby tylko mieć na życie. I do pracy jechałam zamykając oczy po dziurawej jak sito drodze. Jak pokazałam koledze z pracy zdjęcie drogi do poprzedniej pracy to zapytał: "A ty to na Ukrainie mieszkałaś?"

Marzyłam o jednej stabilnej pracy, w której zarobię normalne pieniądze. O wypłacie, po której nie będę się zastanawiać, czy starczy mi do końca miesiąca. Czy znów trzeba będzie pożyczyć... bo dzieci się rozchorowały, bo auto znów się zepsuło, bo coś tam, bo coś tam wiecznie...

Jeszcze zanim wyjechałam w piątek, w środę dostałam telefon w sprawie pracy w hotelu. Na Dolny Śląsk dojechałam w sobotę o 5 nad ranem, a w niedzielę rano miałam rozmowę  jak szefostwo zaproponowało mi pracę jako recepcjonistka za 1800 zł miesięcznie skakałam pod sufit ze szczęścia. Bo 1800 zł to już jest prawie 2 koła i tylko ja jedna tyle zarobię.

Dla tej pracy znów w ciągu tygodnia się przeprowadziliśmy , tym razem do Strzegomia (45 km za Worcławiem) i znów Oplą Corsą. No kocham ten mój złom Pralkę nią przewieźliśmy do wynajętego mieszkania.

Przeprowadziliśmy się do mieszkania, w którym nie było nic. I to uczucie, gdzie w wieku prawie 30 lat człowiek dochodzi do wniosku, że nie ma nic.... I tylko już na siebie może liczyć. I już nic nie będzie takie samo.

Natalka, Tomek i "Bambo"- bohaterowie comiesięcznego budżetu 😉

Jedne drzwi za sobą zamknęliśmy, drugie jeszcze nie zdążyły się przed nami otworzyć. W hotelu pracowałam prawie cały sezon wakacyjny, do momentu aż szef pokazał swoją prawdziwą twarz furiata. Wysłałam CV do prywatnej szkoły, a w hotelu złozyłam wypowiedzenie. Nigdy nie zapomnę miny szefowej i kolejno jej łez w oczach: "Pani Agnieszko, jak pani weźmie ten ostatni urlop, to my nie pojedziemy za granicę na urlop, bo nie ma ludzi do pracy."

Bo wiecie, ludzi w pracy też trzeba szanować. Jaka ta praca by nie była. Drugą pracą na Dolnym Sląsku była szkoła prywatna (niepubliczna) - suma sumarum- mała różnica. Tyle, że więcej się zarabia, niż w szkole publicznej. No i zarabiałam 2400 zł na rękę- dla mnie osobiście super! Zarabiać 2,5 koła? O matko 😉 Po latach biedowania, to takie wow. Człowiek da się pokroić za taką kasę.

Pracowałam po 8 h dziennie prowadząc zerówkę i ucząc niemieckiego dzień w dzień od pn do pt. Dzielnie dojeżdżałam do pracy godzinę dziennie. Dzielnie też z niej wracałam, godzinę dziennie. W końcu starczało nam na życie, no i na kino było. Dzielnie nie spałam nocami, dzielnie pisałam sprawozdania, opinie itp. Dzielnie przygotowywałam się do pracy do 3 nad ranem. W połowie listopada się zajechałam... Tak się zajechałam, że nie miałam siły palcem kiwnąć. Dzieci nie widziały mnie całymi dniami, w domu to ja nawet nie spałam. Dzielnie zajeżdżałam się w imię ambicji i pieniędzy. I mobbingu.... Tego ostatniego jeszcze nie przepracowałam.... I nigdy nikomu już nie udowodnię. Ratowałam siebie, ratowałam rozpadającą się swoją rodzinę, wolałam zarabiać już mniej pieniędzy, ale być w domu z swoimi dziećmi, bo przecież one są najważniejsze.

Przypomniałam sobie, dlaczego chciałam wyjechać. Na nowo określiłam swoje piorytety i cele:

Po pierwsze- rodzina. Praca to tylko dodatek. A pracy będe do tej pory szukać, a wszystko będzie w porządku. I to nic, że zmieniałam w 2017 roku pracę 6 razy .
Po drugie- nie chcę już nigdy więcej zarabiać za mało pieniędzy,
Po trzecie- nie chcę już nigdy więcej w życiu zabierać pracy do domu.

Praca nauczyciela się z tymi wartościami kłóci.

W grudniu wypatrzyłam ofertę pracy jako kelnerka. W sumie, czemu nie. Doświadczenie mam, języki obce znam. Pamiętam pytanie szefa:

- a co to się pani w życiu porobiło, że chce pani pracować u nas?
- ponieważ chcę rzucić pracę nauczyciela raz na zawsze
- to ile jeszcze będzie pani pracować w szkole?
- ostatnie 4 dni...

Zatrudniłam się w restauracji jakieś 2 km od mojego wynajętego mieszkania. Uwielbiam swoją pracę. Uwielbiam atmosferę w pracy.

W poprzednim miejscu zamieszkania zawsze coś bylo nie tak:
- albo nie takie szefostwo
- albo beznadziejna atmosfera
- albo marne pieniądze

Dziś zarabiam z napiwkami prawie 3 koła. I wiem, że to nie koniec, Gdy potrzebuję, biorę sobie po prostu dzień wolnego nie korzystając z urlopu. Gdy mąż pracuje na nocki, zamieniam się z dziewczynami zmianami. Jestem w domu z dziećmi. Po prostu znalazłam swój środek. Swój złoty środek.... 
Łukasz również pracuje na cały etat, za więcej, niż najniższa krajowa. Również odpowiada mu nowa praca.

Dziś z wynagrodzeń opłacam wynajęte mieszkanie, abonamenty, wszelkie inne opłaty i starcza nam po prostu na życie... A to czego nie mamy, zarobimy sobie. Nie dziś i nie jutro, ale dojdę do wszystkiego własnymi rękoma.

Czasem dostaję pytania, czy nie boję się smogu. Wiecie... nie boję się ...
Wolę tego smoka, niż gotować dzieciom zupę na konserwie i kaszy z mopsu...

I każdemu z was życzę takiego złotego środka! Takiego złotego środka, w którym nie musicie wybierać pomiędzy rodziną a pracą. Pomiędzy pomidorem a ogórkiem w sklepie. Choćby był po 12 zł za kilogram. Żebyście nie musieli biec za błahostkami.

I powiem wam jeszcze jedno. Mnie już nikt nigdy w życiu nie wmówi że nie można. Że powiedzmy nie da się, albo się nie opłaca. Nie ma rzeczy niemożliwych. Również 4 miesiące temu rzuciłam palenie na 100%, na całe życie! Nasz 22-letni Opel Corsa w tym miesiącu przeszedł przegląd, a tak się o niego bałam.... Mamy zaklepane wakacje na koniec czerwca w Kolobrzegu, bo nam się to jak kość psu należy po takich przeżyciach! Od tego miesiąca również zaczynamy nadpłacać długi... Odkładać na FA i wakacje....

No i pobiliście znów kolejny rekord w unikalnych wejściach na bloga!

Wszystko się da! Uwierzcie, że wszystko się da! A ja, moja rodzina i mój blog jesteśmy tego żywym dowodem!

Mówiłam, że post będzie przełomowy? Nigdy jeszcze nie publikowałam zdjęć mojej rodziny na blogu 🙂

20 myśli na temat “Rzucić wszystko, postawić na jedną kartę i wyjechać! Opłacało się! :)

  1. Michał

    Hej, czytam Cię z ukrycia od dawna, jeszcze od czasów sprzed przeprowadzki 🙂 I po raz pierwszy komentuję (wybacz, że dopiero teraz!). Jesteś niesamowicie odważna i bardzo podziwiam to, jak dbasz o swoją rodzinę i jak stanęliście na nogi. Moje gratulacje i wyrazy podziwu dla Ciebie i dla Twojego męża - szczególnie, że przecież macie dzieci 🙂 Gratuluję też znalezienia fajnej, dobrze płatnej pracy, która Cię nie obciąża psychicznie. Tak trzymać 🙂 !

    Odpowiedz
  2. Piotr

    Gratuluję !!! Jestem pod ogromnym wrażeniem. Ja ze swoją rodzina również jestem pod koniec czerwca w Kołobrzegu więc być może gdzieś przypadkiem się miniemy. Wytrwałości i dalszych sukcesów w życiu dla całej rodziny.

    Odpowiedz
  3. Bardzo przyjemnie się czyta takie posty! Mam nadzieję, że jeszcze więcej dobrego czeka Was w Waszym życiu! Uwielbiam Waszą historię, daje mi ona wielkiego kopa motywacyjnego! 🙂 Pozdrawiam i samych pomyślności życzę! 🙂

    Odpowiedz
  4. Super,że wszystko się udało. Ja też jakiś czas temu przeprowadziłem się z rodziną w góry. Jak do tej pory wszystko ładnie się poukładało i nareszcie nie narzekamy na nudę, bo mieszkamy w domu z ogrodem, a jak wiadomo jest w nim dużo pracy. Pozdrawiam

    Odpowiedz
  5. B

    Brawo Wy! Wiele osób tkwi w marazmie i beznadziei "bo nie ma roboty" tam gdzie są. Nie wiedzą (lub wiedzą ale nie wierzą), że w innym miejscu Polski można normalnie żyć, jeśli tylko chce się pracować. I niech mi nikt nie mówi, że podział na Polskę A i B nie istnieje...

    Odpowiedz
  6. g

    Wybrałem się parę miesięcy temu w Tatry. Jak stanąłem pod górą to mi się odechciało. Przerażające to było jak się patrzyło na ten kawał skały na który miałem zamiar wejść. Koniec końców okazało się, że tylko wyglądał przerażająco, wymagał pokonania kilku tysięcy małych kroków, z których żaden nie był w absolutnie żaden sposób niewykonalny. Kązdy z tych kroków przybliżał do celu i moment kiedy było się na górze był bezcenny bo udowadniał,że wszystko się da jeśli tylko się zrobi tych kilka drobnych kroków na początku a potem tak dalej aż na szczyt. Pozdrawiam bo widzę, że widoki przed Wami wspaniałe.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.